Ostatnio na brak czasu na czytanie nie narzekam, ale za to stosik "do zrecenzowania" rośnie, bo zupełnie nie mogę się do tego zabrać, a niestety chęć zabrania się do pisania jest odwrotnie proporcjonalna do czasu, który upłynął od opublikowania ostatniego posta. Nie pomaga tutaj również słońce za oknem, a właściwie go brak, bo już nie raz złapałam się na tym, że wydawało mi się już, że jest naprawdę późno i nie warto się za nic zabierać, lepiej jeszcze trochę posiedzieć w Internecie, a tu się okazuje, że dzień jeszcze młody. Postanowiłam jednak przerwać tę złą passę i przestać odkładać czas na bloga na przyszły weekend, bo tak można przecież bez końca, i dziś powiedzieć o kolejnej książce Johna Greena, tym razem napisanej bez pomocy innych autorów.